O tym, jak zaczęłam biegać

Dzień dobry,

Chcę się dzisiaj z Wami podzielić moją historią o tym, jak zaczęłam biegać. Post ten był opublikowany na jednym z moich poprzednich logów, który w zasadzie nigdy nie ujrzał światła dziennego. Jedynie kilka wybranych osób miało do niego dostęp. Zapraszam więc do lektury.

ZACZĘŁAM BIEGAĆ

Tak, tak po prostu. To znaczy to nie było proste. To może od początku.

W grudniu 2014 mój brat namówił mnie na zakup butów do biegania. W zasadzie to chciałam buty do chodzenia, gdyż spędzałam dużo czasu na spacerach z dziećmi w parku. I chciałam połączyć przyjemne z pożytecznym. Buty kupiłam, poszłam w nich kilka razy tylko i na tym się skończyło.

Nastał wrzesień 2015 i znów wskoczyłam w te buty. Dodatkowo kupiłam jeszcze strój odpowiedni do Nordic Walking. I tak zaczęłam chodzić. Dosyć regularnie. Tak po prostu któregoś dnia się zawzięłam i wyszłam, potem znów wyszłam, kolejnego dnia znów i tak się potoczyło. Gdzieś po 2 tygodniach stwierdziłam, że może spróbuję biegania. Buty już mam, strój też, to co mi szkodzi. Ale żeby nie był to słomiany zapał, to postanowiłam to zrobić z jakimś planem. Postanowiłam do końca miesiąca przygotować się do tego biegania właśnie przez NW. Chciałam nabrać więcej kondycji.

Pamiętny dzień nastał 7.10.2015. Poszłam biegać do parku wg ułożonego planu treningowego na Endomondo. Myślałam, że umrę. Po pierwsze z powodu braku kondycji (NW mnie przygotował, ale średnio, nadal męczyłam się okrutnie), po drugie ze wstydu (waga, tusza, falujące wszystko…). Czułam każdą fałdę tłuszczu podrygującą na mnie i trzęsącą się jak galareta. To było coś okropnego… Nie byłam w stanie przebiec nawet jednej minuty ciurkiem. Dostałam zadyszki, zaczęłam się dusić, bo nie wzięłam leku na astmę. Ledwo dotarłam po wszystkim do domu. Ale plan zrobiłam, tak jak mi pani w słuchawkach mówiła, tak zrobiłam.

Następnego dnia znów wyszłam biegać. Było już ciut lepiej, wiedziałam już czego się spodziewać. Co prawda znów dostałam zadyszki, ale już potrafiłam określić ile trwa jedna minuta i gdzie mi się ona skończy. Ufff…

Zaczęłam wychodzić na każdy trening wg planu. Jeśli danego dnia nie mogłam, ze względu na lekarza, czy inne sprawy, to odrabiałam to w kolejne dni. Ale plan był zrobiony. Byłam na bieżąco, a czasem nawet 1 czy 2 treningi do przodu.

Przy okazji zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to co jem. Szkoda mi było bowiem tego mojego wysiłku, tych minut katorgi, aby zaprzepaścić je zaraz jedząc coś głupiego (czekoladki, słodkie bułki, itp). Udało mi się dzięki temu schudnąć 8 kg. A potem kolejne 3. Było super. Bieganie przeplatałam NW, na które chodziłam z Justyną. Było naprawdę super. Jak jechałam z dziećmi do rodziców, to zawsze zabierałam strój ze sobą i szłam rano biegać. Nawet mleko mi nie przeszkadzało, byłam w stanie tak ułożyć plan dnia, że było super.

Tak było do połowy listopada. 14.11.2015 strzeliło mnie w plecach z taką siłą, że nie mogłam się ruszać. Nie mogłam biegać, chodzić, siedzieć, ba, nawet leżenie bolało. Czułam się okropnie. Nie mogłam nawet wziąć silnych leków, bo wciąż karmiłam… Z biegania nici, z NW nici.. musiałam treningi odłożyć na czas nieokreślony. W międzyczasie przyszła pierwsza niedyspozycja. Pierwsza od czasu ciąży. Okropność. Później nabawiłam się anginy. Później kolejna niedyspozycja. I tak zeszło do świąt.

MASAKRA!
Tyle czasu w plecy!
W święta próbowałam chodzić na długie spacery z dziećmi. Przynajmniej to mi się udało. A że w Nowy Rok spadł śnieg i ścieżki w parku były oblodzone, to oczywiście dalej bieganie odpadało. Z tym śniegiem to tak było aż do połowy lutego.
Aż w końcu coś we mnie pękło. Kurczę, dziewczyno!

OGARNIJ SIĘ!

WYJDŹ NA POWIETRZE!

ZACZNIJ BIEGAĆ!

Tak więc zaczęłam. Ponownie ułożyłam plan na Endomondo. I poszłam. Po prostu. Nie patrzyłam ani na śnieg, ani na deszcz, ani na błoto. Oczywiście pierwszy bieg poprzedziłam tygodniem NW. Na rozgrzewkę.

NARESZCIE!

Nareszcie wychodzę i biegam. Jest mi ciężko. Bardzo ciężko, gdyż czas, w którym nie biegałam zatraciłam i nie pilnowałam się z jedzeniem. Jadłam wszystko, dużo słodyczy. Coś okropnego. Zaprzepaściłam moje wysiłki. Do tej pory jeszcze popełniam grzechy. I za każdym razem, jak wychodzę na trening, myślę sobie: „po cholerę mi była ta czekoladka? Po co zjadłam tyle chałki na śniadanie? Nie lepiej było zrobić sobie müsli?” Muszę jeszcze dużo popracować nad dietą. Nie może tak być, że idę i się wysilam, a potem to nadrabiam z nawiązką jedzeniem. To jest bez sensu. Tym bardziej, że znów wątroba się dziś odezwała. Ehhh… Ale bieganie sprawia mi niesamowitą radość. Nawet, jeśli czasem nie ubiegnę jednej minuty, to i tak wiem, że robię coś dobrego dla siebie, dla swojego ciała, dla umysłu i dla charakteru.

Potrzeba mi motywacji. Motywacji do biegania, gdyż zaczęłam wątpić w moje osiągnięcia. I motywacji do diety i zdrowego odżywiania.
Filed Under: Fit

2 thoughts on “O tym, jak zaczęłam biegać

  1. Ibi każdy ma chwile zwątpienia, słabsze i gorsze dni. Nie poddawaj się, bo to co robisz, robisz tylko dla siebie samej, a kto inny niż Ty, zadba o Ciebie lepiej? Mam podobnie, biegam, bo lubię, ale męczą mnie kontuzje, przeziębienia i ciągły widok pleców innych biegaczy. Ale czy to jest ważne? Biegam dla siebie, nie dla innych, nie dla ciuchów (chociaż fajnie mieć coś nowego). Lubię te chwile totalnego wyciszenia. Czasami się zatrzymuję, oddycham bardzo głęboko, obejmuję się ramionami i mówię – dasz radę dziewczyno! Ty też dasz!

    1. Dziękuję Ci Kama za ten komentarz 🙂 Dokładnie tak się czuję. Nie dla wyników, chociaż chciałabym mieć lepsze. Nie dla poklasku, ale dla samej przyjemności biegania 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *